Lody” Bambino” i książki….

Dawno, dawno temu istotnymi elementami przestrzeni siedmiolatków było przede wszystkim podwórko z piaskownicą, trzepak, który był miejscem spotkań i wymiany informacji o życiu osiedlowym. Przy trzepaku tempo przekazywania plotek było bardziej skuteczne niż współczesne media społecznościowe. Ważnym miejscem spotkań były dzikie rabaty kwiatowe, w których urządzało się pokoje do zabawy w rodzinę osiedlową i rozgrywało bitwy na białe kuleczki z klombów.

Czas organizowaliśmy sobie sami, a wymuszonymi przerwami w zabawie było odrabianie lekcji i obiad z rodziną. Świat podwórka był nasz, bo tutaj obowiązywała inna hierarchia. Musieliśmy respektować na przykład przewagę silniejszej bandy i poruszać się własnymi ścieżkami. Mieliśmy więc swoje ulubione sklepy – na przykład z artykułami papierniczymi, do którego przychodziliśmy codziennie, aby pogapić się na kolorowe piórniki i pochłaniać obłędnie pachnące chińskie „gumki do wycierania”. Był także wyjątkowy sklep za blokiem: „blaszak” z wyrobami mlecznymi. Dla nas najważniejszymi towarami były lody czekoladowe “Bambino” i słodkie mleko w tubce. Dźwięk pierwszej warstwy lodów – czyli kruszonej czekolady i smak śmietankowy to była rozkosz… Nawet zapowiedziany sprawdzian z matematyki nie mógł odebrać nam tego szczęścia. Ubytek energii po sprawdzianie rekompensowaliśmy wściekle słodkim mlekiem w tubce.

Pewnego dnia jeden z punktów stałych naszego emocjonalnego krajobrazu przekształcono w bibliotekę osiedlową. Zlikwidowano nasz sklep z lodami. Konsekwencje tego działania były poważne. Nasza grupa musiała skonfrontować się z doświadczeniem rozpadu. Część grupy głęboko dotknięta działaniem władz osiedlowych, nie przyjęła do wiadomości przesłania o krzewieniu wiedzy wśród dzieci i młodzieży i nie chciała korzystać z tej nowej przestrzeni. Proszę zrozumieć emocje siedmiolatków! W tamtych czasach nie znaliśmy hasła: „promocja czytelnictwa”. Nie sądzę, żeby nas to przekonało i ukoiło ból po pozbawieniu nas lodów “Bambino”… Jednak część z nas, po prostu z ciekawości zaczęła naprzykrzać się pani w bibliotece. To była nasza forma buntu wobec jawnego nie respektowania naszych praw. Pani nie zniechęcała się naszymi nalotami, ale zachęcała do odwiedzin i z czasem oswoiła naszą dzikość i nakłaniała do samodzielnego wyboru książek, które kusiły pięknymi okładkami, w przeciwieństwie do bibliotek szkolnych, które więziły książki rynsztunkiem szarych okładek.

W bibliotece osiedlowej wypożyczyłam największe wyciskacze łez: Romana Pisarskiego „O psie, który jeździł koleją” (Wydawnictwo Greg 2016), Edmonda de Amicisa „Serce” (Nasza Księgarnia 1969, tłum. M. Konopnicka), książka okupiona „emocjonalnym wstrząsem”, fantastykę dziecięcą czyli Edith Nesbit „Pięcioro dzieci i coś” (Wydawnictwo Znak 2013, tłum. Irena Tuwim). Wizyty w bibliotece, które stały się z czasem piątkowym rytuałem uświadomiły uczestnictwo w wielkiej przygodzie. Kusząca była świadomość samodzielnego wyboru książek, a nie tylko podporządkowania się regułom szkolnym: lektur obowiązkowych i nie trafionych nagród za świadectwo, bo czy dobrym wyborem na nagrodę dla siedmiolatki był „Los człowieka” Michaiła Szołochowa (Książka i Wiedza 1968, seria Koliber). Książka z egzystencjalnym przesłaniem na tamte czasy: o bohaterze wojennym i samotnym dziecku. Wybór tej książki na nagrodę był ryzykowny. Mogłam bezpowrotnie utracić radość z czytania. Uratowała mnie biblioteka osiedlowa i przede wszystkim pasja pani, która ją prowadziła. Nie miała super warunków, bo czy wygodne jest pomieszczenie po sklepie nabiałowym, z tanich materiałów budowlanych, z koszmarem powracającej wilgoci- zabójczej dla książek.

Dla mnie ten specyficzny zapach książek zmiksowany z „kawą po turecku” w wielkiej szklance i uśmiech pani, która zapewniała mnie, że ma coś nowego dla mnie był doświadczeniem uczenia się samodzielności. Sama dokonywałam wyborów: wejścia do różnych światów, postaw i wrażliwości. A lody “Bambino” kupowałam po drugiej stronie ulicy po wizycie w bibliotece…..

Agnieszka Kulig